Szukaj na tym blogu

19 sierpnia 2013

Psie wypady w Bieszczady



Są miejsca, które uwodzą. Chwytają za gardło i już nie masz człowieku wyjścia, musisz pokochać. Dokładnie tak jest z Bieszczadami i trudno się dziwić, że i my, opętani ich romantycznym duchem, wracamy w nie z ogromną radością. Bieszczady, oprócz tego że uwodzą, są również idealnym miejscem do wypraw z psem. Wyszczekani błąkali się po nich przez najgorętszy sierpniowy tydzień w ich życiu.

Jesteśmy żarliwymi orędownikami aktywnego spędzania czasu z psem. Najprostszą jego formą są wspólne spacery, zwane z j. ang. „dog trekkingiem”. Właściwie dog trekking to nazwa dyscypliny sportu kynologicznego, ale może również odnosić się do pieszych wypraw z psem u boku. Aby taką wyprawę odbyć, niezbędne są również piękne okoliczności przyrody, bo co to za przyjemność kręcić się po zatłoczonym mieście i wdychać spaliny? Zaś jeśli piękne okoliczności przyrody, to Bieszczady są idealnym miejscem na psie szwendanie i jest ku temu kilka powodów.

Po pierwsze: widoki. Gdy Peter Jackson kręcił „Władcę Pierścieni”, uznał że większość plenerów nakręci w Nowej Zelandii. Prawdopodobnie nigdy nie był w Bieszczadach. Chociaż może to i dobrze. Faktem jest, że ten wąskie pasmo gór (pewnie niektórzy nas poprawią, mówiąc: górek) urzeka swoją urodą. Fotografowie zachwycają się pięknym światłem, które łagodnie odbija się od dolin i szczytów, a z racji braku spektakularnych, odsłoniętych, gołych skał, słońce nie rzuca czarnych cieni. Dodatkowo (w większości) porośnięte bukowymi lasami zbocza zachwycają festiwalem barw, który szczególne efektowną formę przybiera jesienią. Na nas największe wrażenie tym razem zrobił widok z Przełęczy Nasiczańskiej z idealnie ukształtowanymi trzema planami: pierwszy z łąkami pachnącymi miętą, drugi z niższymi wzniesieniami wyznaczającymi drogę ku trzeciemu: oddalonym pasmem połonin.

Przełęcz Nasiczańska, 40 stopni,  zapach mięty i rozgrzanej ziemi przetykany cykaniem świerszczy.
Po drugie: przestrzeń. Nie lubimy tłoku. Nie spotkacie nas pełzających w ogonku nad Morskie Oko, lub czekających w kolejce na Giewont. Z powodu notorycznego „przeturystycznienia” nie jeździmy w Tatry. W Bieszczadach turystów wciąż jest mało. Oczywiście, na najbardziej popularnych szlakach ruch się zwiększa, ale wciąż jest mnóstwo miejsc, gdzie nawet w szczycie sezonu nie spotkacie żywego ducha. Dzięki temu każdy człowiek spotkany na Waszej drodze powie Wam „dzień dobry” i chętnie zamieni parę słów. No, prawie każdy.

Pomimo środka wakacji, na szlakach nie było tłoku. Połonina Caryńska.
Po trzecie: dreszczyk emocji. Nic tak nie działa na wyobraźnię cepra, jak gęsto poustawiane znaki: „Uwaga! Niedźwiedzie!” oraz anty-niedźwiedziowe śmietniki. I choć masz człowieku świadomość, że spotkania z miśkami są rzadkością, trudno nie nucić głośno piosenki i nie nastroić uszu na częstotliwości odpowiadającej trzaskającej gałązce.

Droga na Bereżki: "Paniusia, słyszałaś? Co to było?!" W jarach i wąwozach każdy trzask mobilizuje nadnercza do produkcji adrenaliny.
Po czwarte: las… duuużo lasu. Większość bieszczadzkich wzniesień jest całkowicie porośnięta drzewami. Nabiera to szczególnego znaczenia, gdy temperatura rośnie do poziomu czterdziestu stopni. Bukowe mateczniki, rzucające chłodną kołdrę cienia stają się wtedy czymś na kształt oazy na Saharze. Chłód i wilgoć lasu stwarzają idealne warunki do wędrówek z psem.
W drodze z Trohańca: "Pancun, nie ociągaj się. Tutaj się roi od niedźwiedzi!". Według strażników BDPN rejon Otrytu jest szczególnie mocno "zaniedźwiedziony".
Po piąte: brak komarów. MS spotkał jednego, który spotkanie przypłacił życiem. Żadnego poza nim nie doświadczyliśmy. Być może był to ostatni komar w Bieszczadach…  


Po szóste: małe wzniesienia. Dla niektórych to ewidentny minus oraz powód do drwin. Dla nas i wszystkich ceniących wyprawy z psiakami to plus, bo niewielkie wysokości sprawiają, że Bieszczady mogą być eksplorowane właściwie przez każdego. Dadzą radę i dzieci i dorośli i mały york również.



Po siódme: uniwersalność. Bieszczady z pewnością dopasujecie do własnych możliwości: znajdziecie trasy na kilkugodzinne przechadzki, a i kilkudniową wyprawę zorganizujecie. Tam naprawdę jest gdzie chodzić.



Po ósme: kameralność. W Bieszczadach odpoczniecie. Odpoczniecie od nachalnego wciskania ciupag, gwizdałek, drewnianych siekierek, plastikowych mieczy, baloników, podrobionych oscypków, takich dziwnych ramek, w których piasek przesypuje się grawitacyjnie tworząc abstrakcyjne obrazy, koszulek z głupimi nadrukami, gotowanej kukurydzy, lodów „Bambino”, bloczków, breloczków i takich fru fruwek, które się obracają jak w nie dmuchnąć. No chyba, że pojedziecie nad Solinę, ale w takim wypadku jesteście sami sobie winni…


Po dziewiąte: historia i nastrój. To oczywiście dla tych, którzy lubią wiedzieć skąd, dokąd i po co, jak, dlaczego i czemu nie inaczej, a w konsekwencji wrócić z wakacji wzbogaceni o ważne, choć pewnie nie bardzo przydatne informacje. Historia w Bieszczadach wygląda z każdego kąta. Niech Was nie zdziwią zapomniane, opuszczone cmentarze, tajemnicze kirkuty i kępy drzew owocowych, które są jedynym śladem, że niegdyś tu czy tam, cichym klekotem, toczyło się życie dziś zrównanej z ziemią wsi.
W ruinach wsi Caryńskie. Po wysiedlonych mieszkańcach został cmentarz i ruiny kaplicy. Miejsce tak nastrojowe, że mimowolnie ściszycie głos.
Po dziesiąte: bo takich owczych i kozich serów nie ma nigdzie indziej na świecie!

A po jedenaste: bo w Bieszczadach znaleźliśmy gościnę w miejscu pełnym ciepła, bezpieczeństwa i fantastycznego jedzenia. Trudno opisać uczucie ulgi i radości, gdy po całym dniu pieszej włóczęgi, wracaliśmy do Chaty Magoda w Lutowiskach, by resztę wieczoru spędzić na tarasie obserwując spadające gwiazdy i słuchać opowieści innych gości. W Magodzie języki same się rozwiązują. 

PS. W Bieszczadach, z perspektywy psiarzy, nie podoba nam się jedno: zakaz wstępu psów do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Niby jest dużo innych tras do eksplorowania, ale jednak to tereny BDPN są perłą w koronie Bieszczadów. To właśnie tam roztaczają się najpiękniejsze panoramy połonin i przykro, że nie można wejść tam z psem. Inaczej: wejść można, ale za złamanie zakazu grozi mandat karny. O zasadności zakazu rozmawialiśmy dość długo ze strażnikami parku (zaraz po tym, jak wlepili nam wspomniany mandat). Nie będziemy bezpośrednio przytaczać opinii strażników, którzy okazali się przesympatycznymi panami (oczywiście, gdy już wypisali mandat), powiemy jedynie, że była na tyle dla nas zaskakująca, że MS postanowił zgłębić temat psiego zakazu w Bieszczadach, ale o tym czego się dowiedział, napiszemy następnym razem.






5 komentarzy:

  1. Na szczęście nie we wszystkich Parkach Narodowych jest zakaz wprowadzania psów. Na przykład w Karkonoszach można, ale na smyczy. A w Gorcach nie można, ale panowie strażnicy dają tylko pouczenia jak pies jest na smyczy (nie mam własnego psa co prawda, ale byłam świadkiem takiej sytuacji)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadza się, w Karkonoszach można. Podobnie w PN Gór Stołowych, Kampinoskim, Magurskim, Narwiańskim, Ojcowskim - żeby wymienić tylko kilka. Osobiście jestem ciekaw, czy w PN, w których nie ma zakazu, psy destrukcyjnie wpłynęły na środowisko?

    W każdym razie, następny wpis na blogu będzie dotyczył zasadności zakazu i różnych doświadczeń dyrekcji różnych Parków Narodowych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam, wybieramy się z psem pierwszy raz w Bieszczady, gdzie szukać informacji o szlakach poza parkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, w Bieszczadzach jest cała masa pięknych szlaków, które nie przebiegają przez Park Narodowy. My najczęściej rezydujemy w okolicach Otrytu. Miłego wypoczynku! :-)

      Usuń
  4. Czy Połonina Caryńska i Przełęcz Nasiczańska nie znajdują się na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego?
    Nie mogę znaleźć jednoznacznych informacji, a rozważam udanie się w te miejsca razem z piesełem własnie

    OdpowiedzUsuń